Wspomnienia

Dzień 5. i 10. września to smutne dni dla złotoryjan – to odejście, a następnie opuszczenie na zawsze jadwiżańskiej świątyni oraz Złotoryi przez Księdza Prałata Mariana Sobczyka.  Przyszli go pożegnać nie tylko Jego wierzący parafianie, ale także niewierzący, prawdziwi i ci gorszego sortu (choć Ks. Prałat nigdy takich różnic nie czynił). A tak przecież wyraża się uznanie i szacunek. Około godz. 1500  Ks. Proboszcz „wyszedł” z kościoła, „wsiadł” do samochodu ze świętokrzyską rejestracją, który powiózł Go w rodzinne strony. Nielicznym udało się jeszcze tylko dotknąć samochodu na znak pożegnania…

W tej miejscowości o tak wdzięcznej nazwie, w słońcu greckiego, a właściwie macedońskiego nieba, 15 października 1936 przyszedł na świat Paskal Szopowski. I jest wysoce prawdopodobne, że i resztę życia spędziłby w pobliżu siedziby greckich bogów Olimpu - gdyby nie tragedie i dramaty spowodowane wybuchem i następstwami II wojny. W chwili wybuchu miał 3 lata; przy końcu dziewięć.

W dniu 25 lipca 2019 roku grono przyjaciół, kolegów i koleżanek oraz znajomych towarzyszyły Annie Pietroszek w tej ostatniej na ziemi drodze do wieczności. Spoczęła we wspólnym grobie z mężem Tadeuszem, który w tej wędrówce na „drugi brzeg” wyprzedził żonę o 21 lat (Tadek zawsze był szybki). Nabożeństwo żałobne odprawił oraz piękną, mądrą i poruszającą homilię wygłosił ks. Arkadiusz. Autor swoje pożegnanie w imieniu przede wszystkim środowiska wygłosił z najwyższym trudem, gdyż wzruszenie nieustannie odbierało mu głos. Mówiłem i piszę teraz o Hani, ponieważ w ten sposób prawie wszyscy o Niej mówili i do Niej się zwracali.

Ksiądz Jan Twardowski skromny, wielki poeta napisał: „Spieszmy się kochać ludzi, tak szybko odchodzą. Zostaną po nich buty i telefon głuchy”. Po panu Henryku pozostaną wspomnienia uczniów, nauczycieli, koleżanek i kolegów środowiska - nie tylko złotoryjskiego.
Tak mało jest szczęścia na ziemi, że trzeba zbierać wspomnienia, by w chwilach smutku upajać się nimi jak wodą w chwili pragnienia.

Pan Franciszek - tak w gronie TMZZ nazywaliśmy Franciszka Kostusia. Nie zdrobniale, nie z nazwiska lecz pełnym imieniem. W ten sposób wyrażaliśmy i szacunek do Niego ale i bliskość. Pan Franciszek nie był formalnie członkiem TMZZ; nie złożył deklaracji i nie nosił naszej legitymacji. Zagadnięty w tej sprawie odpowiedział, że ważniejsze od tego będzie to, jeśli będziemy mogli ze sobą współpracować. I tak właśnie było.