ROTER STERN ÜBER ZŁOTORYJA
CZERWONA GWIAZDA NAD ZŁOTORYJĄ


POST SCRIPTUM złotoryjskiego tłumacza do wspomnień Goldbergera

Zwrot „post scriptum” nie jest w tym miejscu w pełni adekwatny, ponieważ byłem jedynie tłumaczem tekstu, a nie jego redaktorem lub interpretatorem. Przed 10. laty proponowałem, aby „Echo Złotoryi” w odcinkach publikowało te wspomnienia. Redakcja chciała jednak abym ograniczył tekst do stosunków między Polakami a Goldbergerami, a więc dokonał swego rodzaju okaleczenia treści wspomnień i sprowadzenia całości do „wyciągu” z tychże, a taki zabieg zawsze jest obarczony wysokim ryzykiem subiektywizmu, co przy tak drażliwym, zawsze rozedrganym temacie, jak stosunki polsko – niemieckie może wywołać niepożądane odczucia. Nie wyraziłem więc zgody na taki sposób prezentacji – stanowczo nie chciałem pisać wyłącznie o Polakach i Niemcach, lecz ukazać jak dramatycznie zawiłe i trudne były to czasy dla pojedynczych osób, rodzin, narodów w naszym mieście w czasie, kiedy zaczynała dokonywać się w nim repolonizacja. Stąd wewnętrzna potrzeba dopisania zdań kilku od siebie – a więc...

* * *

* Na Dolnym Śląsku II wojna namacalnie dotarła dopiero w lutym 1945 r. (nie licząc poboru Goldbergerów do Wehrmachtu); dotąd dla Goldbergerów toczyła się ona – w uproszczeniu – na wschód od Odry i na Zachód od Renu.

* O przebiegu wojny, jej rezultatach i formie Goldbergerzy (a więc także autor wspomnień Artur Thomczik) wiedzieli tyle, ile przekazywała im nacjonalistyczna propaganda goebelsowska, lub ile mogli się dowiedzieć z nadchodzących z frontu listów ich ojców, synów, braci.

* Artur Thomczik nie napisał traktatu (referatu) na temat stosunków polsko - niemieckich, polsko - rosyjskich, polsko - żydowskich lub innych; ubrał w słowa własne wspomnienia i doznania z okresu życia w mieście w okresie od połowy listopada 1945 r. do połowy lipca 1946 r. Opisuje też stan materialny ówczesnego Goldbergu (Złotej Góry) – dotąd w takiej formie tego nie znaliśmy.

* W tym trudnym tekście szczególnie niemiło brzmią zdania o zajmowaniu mieszkań. Autor jakby nie chce wiedzieć, że Polacy, którzy znaleźli się w Goldbergu (szczególnie Kresowianie) przybyli tu nie z własnej woli, lecz jako wygnańcy na mocy decyzji nie Polski, lecz „wielkiej trójki” (Anglii, USA, ZSRR) podjętej już w Teheranie (X 1943), a następnie przypieczętowanej w Jałcie (II 1945) i ostatecznie w Poczdamie (VIII 1945). Dotyczyło to w takim samym stopniu ludności niemieckiej na Śląsku (oraz na Warmii i Mazurach), a więc Goldbergerów także.
A o Teheranie, Jałcie i Poczdamie, choćby w zniekształconej formie musiał informować nawet Goebels (i pewnie winą obarczał Polskę).

* W tym miejscu pozwolę sobie na zasygnalizowanie czytelnikowi wielkiej różnicy między ludnością ówczesnego (1945 r.) Dolnego Śląska (zdecydowanie niemiecka i protestancka) oraz mojego Górnego Śląska (zdecydowanie katolicka oraz w pełni dwujęzyczna: w domu po śląsku, a w szkole, kościele i urzędzie po niemiecku. Ale dla formujących się władz Polski nie stanowiło to (nie wiedziano?!) żadnej różnicy (teraz chyba też nie skoro szef partii rządzącej jeszcze przed kilkoma laty stwierdził, że „śląskość to opcja niemiecka” jak za Gomułki!). Toteż do mojej rodzinnej wsi (Brożec pod Opolem) skierowano latem 1945 r. 100 rodzin kresowych, około 300 osób. Ale brożczanie, w tym moi dziadkowie i matka nie mieli zamiaru opuszczać rodzinnego domu, ani Śląska. Wieś napisała petycję do wojewody śląsko – dąbrowskiego (Aleksander Zawadzki), zebrała pieniądze na podróż 2. delegatów, którzy złożyli ją osobiście na ręce wicewojewody Jerzego Ziętka. Efekt tej wyprawy był bardzo pozytywny – mogliśmy pozostać i w ten sposób ja czterolatek nie zostałem „wypędzony”. Kresowianie poszli dalej i znaleźli opustoszałe domostwa, gdyż bardzo wiele osób zdołało uciec przed nadciągającymi oddziałami radzieckimi. Niektórzy jednak w Brożcu zostali – np. Jan Dobrowolski spod Lwowa, który nie tylko pozostał, ale ożenił się z siostrą mojej matki i był bardzo lubianym członkiem rodziny i obywatelem wsi. Drugim w rodzinie, który popełnił mezalians śląsko – kresowy byłem ja, z żoną Marią spod kresowego Stanisławowa. 

* O tym jak jednostronnie negatywne było nastawienie pierwszych władz polskich do Ślązaków niech świadczy fakt, że żaden Ślązak mimo posiadanego wykształcenia i kwalifikacji nie mógł objąć żadnego nawet najlichszego stanowiska kierowniczego (tylko z „centrali”, z Kresów, jeszcze z Zagłębia). Z tego też powodu mój Kresowiak wujek Janek miał całkiem poważne kłopoty. Mówił „ładnie po polsku”, miał porządnie brzmiące nazwisko – Dobrowolski – nadawał się więc na kierownicze stanowisko w papierni w Krapkowicach. Ale on nie zdążył ukończyć nawet 4 klas i ledwo podpisać się potrafił – więc się bronił. Ale władza zawsze wie lepiej i posądziła go o sabotaż wobec władzy ludowej. Ledwo się chłop z tego jakoś przed aresztem wykręcił.

* W kilku miejscach autor wspomnień w stosunku do Polaków i Żydów używa określenia, że są „przyzwoici”. Brzmi to drażniąco i wręcz prowokująco jeśli czyni to przedstawiciel tego narodu, który te dwa pozostałe omal nie doprowadził do zagłady. Jest to „nieprzyzwoite” – pozostając przy tym źródłosłowie. Można wnosić, że 5 lat po wojnie A.Thomczik jednak sporo się dowiedział jak „przyzwoicie” np. Waffen SS lub inni akolici szatańskiego przywódcy III Rzeszy zachowywali się wobec Polaków i Żydów. I dlatego „normalne” i „ludzkie” zachowanie się człowieka wobec innego człowieka musi nazywać „przyzwoitością”.

* TMZZ od lat 70 – tych XX w. ma kontakty z Goldbergerami – byli oni w obu państwach niemieckich (NRD i RFN). Wszyscy uważają się za wypędzonych, ale w pewnych aspektach różnią się. Wszyscy tzw. „ossl” (w NRD) nie mają problemów z tym, żeby uznać z jakiej ziemi wyszła II wojna; „wessi” (z RFN) czynią to niechętnie lub „milczą” – tylko dwoje czyniło to otwarcie i bez oporu.

* Problem wybaczania sobie: Kiedy w trakcie uroczystości odsłaniania pomnika Valentina Trozendorfa (26 V 1995) przemawiająca J. Graeve (Hannover) mówiła: „Polacy i Niemcy powinni sobie wzajemnie wybaczyć”, stojący obok mnie dr A. Jahn zapytał: „A co Niemcy mają Polakom wybaczyć?”

* Różnice wśród „wessi” występują także np. w kwestii powrotu do Złotoryi kościelnych dzwonów, wywiezionych ze Złotoryi w r. 1942. 

* Karl Heinz Scho̎bel, Goldberger, którego administracja polska zatrzymała w Złotoryi do 1947r., aby pracował w straży pożarnej, w miesięczniku
„Goldberg – Haynauer – Heimatnachrichten” nr 6/2020, tak pisze z Halle: „Dosięgła mnie teraźniejszość. W trakcie moich odwiedzin w Złotoryi poznałem wielu miłych i sympatycznych Złotoryjan, którzy w zupełności nasze położenie jako „wysiedlonych” rozumieją. Wielu z nich także musiało swoje rodzinne strony opuścić. Teraz wszystko jest historią, której nie powinniśmy zapomnieć”.

 

Alfred Michler

75 lat od wydarzeń z lat 1945–46